Czy leci z nami…ryba?

Źródło: http://www.etv.co.za/sites/etv.co.za/files/styles/large/public/Frankenfish.jpg?itok=zmixQJYv

„Frankenfish” (2004) reż. Mark Dippe

Bagna Luizjany w kinie amerykańskim pojawiały się już wielokrotnie. Środowisko wyśnione do stworzenia mrocznego, ciężkiego klimatu, co udowodnił chociażby duet Fukunaga & Pizzolatto w serialu „True Detective”, stało się również podwalinami wylęgarni mnóstwa niskobudżetowych dzieł, które z tego klimatu korzystać absolutnie nie potrafią. Kolejną dziurą bez dna są filmy o zmutowanych, prehistorycznych, posiadających jeszcze wiele innych epitetów rybach. Łącząc posępny nastrój bagiennych przestrzeni z tematyką zmutowanych, żarłocznych stworzeń, twórcy „Frankenfish” sięgnęli znacznie głębszego dna, niż to, po którym pływają wodni mordercy.

Lekarz sądowy Sam i Pani biolog Mary zostają oddelegowani do zbadania sprawy rozszarpanych zwłok rybaka, które znaleziono na jednym z bagien Luizjany. Pierwsze oględziny ciała wskazują jednak na to, że sprawcą nie jest nic do tej pory znanego dwójce specjalistów. Rozpoczyna się zatem walka o przetrwanie, a zagrożenie czyha nie tylko w wodzie, bowiem żarłoczne bestie wyposażone są w szereg nadprzyrodzonych zdolności…

Ulokowanie tego filmu w kategorii „Najlepsi z Najgorszych” jest nieco niesprawiedliwe, porównując bowiem „Frankenfish” do chociażby „Special Dead”, rozrywka jest znacznie mniej wyrafinowana. Jest to sztampowy przykład filmu z serii „Zmutowane, zabójcze zwierzęta vs. skretyniali bohaterowie stanowiący jedynie materiał do rozwałki” – istotnie jednak, to ten drugi element jest tutaj oryginalny. Sposoby na pozbywanie się kolejnych kompletnie beznamiętnych postaci wzbudziły mój osobisty podziw. Akompaniamentem dla fruwających nad taflą wody ryb jest chociażby samo-wystrzeliwująca strzelba weterana wojny w Wietnamie…

Źródło: http://tonova.typepad.com/photos/uncategorized/frankenfish.jpg

Nie będę się rozwodzić nad warstwą techniczną filmu, bo tutaj bywało gorzej – wystarczy wspomnieć „Megarekin vs. Krokozaurus”, gdzie specjaliści od efektów specjalnych mogli używać makiet i dziecięcych zabawek, na wzór klasyków kina japońskiego z Godzillą – efekt prawdopodobnie okazałby się lepszym. Zabójcze ryby, fruwają, skaczą, pływają – są jednym słowem wszędzie i opędzić się od nich nie można, a głupota ich ofiar jest tak niepojęta, że czasem brakuje słów, by skomentować ich poczynania. Na upartego, można to tłumaczyć faktem, że działają w stresie, ale ponoć instynkt przetrwania czyni cuda…nie w przypadku „Frankenfish”.

Szokującym faktem jest jednak dla mnie to, że do tak fatalnej produkcji udało się zaciągnąć aktorów, którzy w swoim dorobku później będą mieć całkiem niezłe pozycje. Tory Kittles, człowiek-drewno, który wcielił się w rolę Sama, to drugoplanowa rola w rewelacyjnym „True Detective”, a Tomas Arana kilka lat wcześniej odegrał Kwintusa w „Gladiatorze”! Dorzucając do tego Marka Boone Juniora, którego możemy kojarzyć chociażby z „Batman – Początek” i „Memento”, powstaje nam zestawienie aktorów średniej półki – z całą pewnością jednak nie aktorów kina klasy Z.

Podsumowując, „Frankenfish” jest filmem do obejrzenia przy akompaniamencie alkoholowych używek i grupy znajomych – niewymagający zbyt dużej uwagi widza, jest w stanie zapewnić salwy śmiechu w odpowiednich momentach. Nie jest to jednak coś, co powali Was na kolana swoją pomysłowością (w temacie: niedługo recenzja „Wiklinowego Kosza” – już teraz polecam!), albo zachwyci wyjątkową głupotą twórców – ot, standard kina złego, które tak kochamy.

Źródło: http://www.sonymoviechannel.com/sites/default/files/movies/images/frankenfish_980x350.jpg