„Małe stłuczki”

Efekt współpracy duetu Aleksandra Gowin – Ireneusz Grzyb mogliśmy podziwiać już w 2009 roku w „Drucikach”. Film ten otrzymał zresztą nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego w kilku kategoriach (m.in. za najlepszy film i zdjęcia). Od 5 września na naszych ekranach gości ich nowy projekt: „Małe stłuczki”, który wnioskując po opiniach widzów wywołuje dość różne emocje.

Historia zawarta w obrazie to dość prosta opowieść o przyjaźni (miłości?) między trójką bohaterów. Z tego też powodu wielu porównuje film do „Wyśnionych miłości” Xaviera Dolana. Asia (Helena Sujecka) i Kasia (Agnieszka Pawełkiewicz) to dwie, dwudziestokilkuletnie przyjaciółki zajmujące się porządkowaniem i likwidacją starych mieszkań. Dziewczyny uzyskane w ten sposób przedmioty sprzedają na pchlich targach, a rzeczy które nie znajdują nowych właścicieli trafiają do ich niewielkiego łódzkiego mieszkania. Łódź staje się tu bowiem czwartym bohaterem filmu. Miasto ze swoimi zrujnowanymi kamienicami, opuszczonymi budynkami i podwórkami w równym stopniu odstręcza, co fascynuje. Staje się milczącym obserwatorem zmagań młodych ludzi i ich poszukiwań własnego miejsca w dorosłym świecie. Życie dziewczyn, samo w sobie dość osobliwe, zostaje zachwiane przez nagłe pojawienie się trzeciego – Piotra (Szymon Czacki). Młodego mężczyznę, z nie do końca jasnych dla nas przyczyn, opuściła właśnie żona. Sam pracuje w fabryce pudełek, gdzie wykonuje żmudne i monotonne prace „przy taśmie”. Małą i niepozorną tytułową stłuczką okazuje się więc przypadkowe spotkanie całej trójki, a konsekwencje, jakie z tego wynikają stają się główną osią fabularną filmu.

Największą zaletą „Małych stłuczek” jest ich subtelność. Autorzy nie próbują głosić żadnych arbitralnych prawd o życiu, nie osądzają, ani nie narzucają swojego punktu widzenia. Leniwie snują opowieść, dostarczając publiczności wysublimowanej przyjemności. Sygnalizują pewne wątki i tematy (homoseksualizm i depresja Kasi, psychiczne niezrównoważenie matki Piotra, czy aseksualność Asi) a ich interpretację pozostawiają widzowi. Unosząca się nad całym dziełem nostalgia, statyczna i nieśpieszna atmosfera zostaje jednak od czasu do czasu przełamana absurdalnym humorem, którego nie powstydziłby się sam Roy Andresson. Film kontynuuje wiele tematów znanych już z „Drucików”, jest jednak o wiele dojrzalszy i stanowi ciekawy kontrapunkt dla nagminnie kręconych w ostatnim czasie błahych, romantycznych komedii.

W pędzie dnia codziennego, działaniach opartych przede wszystkim na zysku, trójka nieprzystosowanych do rzeczywistości bohaterów intryguje swoim wewnętrznym spokojem. Wyraźnie inspirowane amerykańskim kinem niezależnym, „Małe stłuczki”, to film o samotności. Jak się okazuje wielu z nas, niezależnie od wieku, bardziej niż jej boi się jednak bliskości z drugim człowiekiem.