Pięciu pancernych i…?

„Furia” (2014) reż. David Ayer

Amerykańska maniera opowiadania o II Wojnie Światowej potrafi przysporzyć o niesmak i ból głowy Europejskiego widza, dla którego pompatyczna heroizacja żołnierzy zza oceanu bardziej przypomina komiksowy pseudo-realizm, aniżeli historyczną prawdę. Najnowszy film Davida Ayera, twórcy m.in. „End of Watch”, który spotkał się ze skrajnymi opiniami zarówno ze strony krytyków, jak i widzów, był bliski przełamania tej gloryfikującej „malowanych” żołnierzy kanwy. Na bliskości się jednak skończyło.

Źródło: http://goodwillwatching.com/wp-content/uploads/2014/10/fury.jpg

Jest rok 1945, Hitler mobilizuje do walki każdą możliwą parę rąk, węsząc swoją porażkę, zaś Niemcy stają się pogorzeliskiem, gdzie każdego dnia toczy się bój. Głównymi bohaterami opowieści Ayera jest piątka żołnierzy, którzy stanowią załogę „Furii” – amerykańskiego czołgu. Wojskowi weterani w liczbie czterech, po utracie jednego ze swoich kompanów, będą musieli zaakceptować zastępstwo w postaci Normana (Logan Lerman) w swojej grupie. Młodzieniec, wrzucony w wir wojny, stanie w obliczu piekła na Ziemi – a jego „przewodnikiem” będzie bezlitosny Don Collier (Brad Pitt).

Widowiskowość spektaklu Ayera przez pierwszą połowę filmu po prostu zwala z nóg. Opustoszały front jest niczym kalka z opisów Remarque’a, a każda poszczególna scena dorzuca swoje pięć groszy do zbudowania ponurego klimatu. Żołnierze to przestraszeni młodzieńcy, którzy siedząc w tym koszmarze próbują się nie zatracić, przemieszani z twardzielami pokroju Colliera, którzy wewnątrz cierpią bardziej niż ktokolwiek – to skupisko ludzi zgubionych, nad którymi już dawno postawiono krzyż. Z tym bagażem wyroku śmierci przemierzają bezkresne równiny, zbombardowane miasta, obserwują codziennie przelew krwi, a w ich głowach bezustannie krąży pytanie: dlaczego tutaj jestem?

źródło: http://www.hdmovietrailers.eu/wp-content/uploads/2014/09/Fury-2014-5.jpg

Gdy już zdążymy się „nawdychać” tej ciężkiej, brudnej atmosfery, panoszącej się w co drugiej scenie dosadnej przemocy i uwierzymy, że Ayer nie chce nam zaserwować bezprecedensowego „arcydzieła” w stylu „Szeregowca Ryana” – właśnie to się staje. Wraz z ostatnim pół godziny projekcji, umiera cała nadzieja na to, że „Furia” jest czymś więcej, czymś nieco dojrzalszym. Tonąc w morzu patosu, obserwując tryumf i heroizm piątki bohaterów, którzy dzielnie równają z ziemią każdego Niemca napotkanego na drodze, Ayer pogrzebał szanse na nakręcenia filmu wyjątkowego. Wrażenia estetyczne, przyćmiewające nawet ewidentne luki w fabule, to niestety zbyt mało, by wkroczyć do panteonu najlepszych filmów wojennych w historii. To również, niestety, nie pierwszy raz, gdy zalążek geniuszu zostaje stłumiony przez nachalne upychanie patosu tam, gdzie go nie potrzeba, albo przynajmniej można było go nieco poskromić.. A o wojnie bez patosu opowiadać można równie porażająco i z równie przygnębiającym efektem, czego dowodami są takie filmy jak „Mandarynki”, „Idź i patrz”, czy też „Pola śmierci”.

Rozgoryczenie przybiera tym bardziej na sile, gdy obok doskonałego wykonania technicznego postawimy ścieżkę dźwiękową zdobywcy Oscara, Stevena Price’a. To jeden z tych soundtracków, który sam w sobie stanowi prawdziwą sztukę, zaś w filmie Ayera, dopasowany wraz z mroczną atmosferą tworzy niezapomniany duet. „Furia” to zatem dzieło, gdzie części składowe działają perfekcyjnie same w sobie, lecz całościowo – wszystko się sypie jak domek z kart, nawet pomimo świetnej, pierwszej godziny seansu.

Oglądając „Furię” nie sposób nie mieć przed oczami „Czterech pancernych…” – w wersji odnowionej, z genialną muzyką wyciskającą z równie genialnego obrazu tyle emocji, ile tylko się da – ale to wciąż opowieść naiwna. Opowieść o dzielnych wojakach, którzy sami wezmą „wojenkę” na swoje ramiona i wytną oddziały wroga w pień, bowiem walczą ramię w ramię. Przerażeni herosi, dzierżący w dłoniach karabiny, umorusani, wymęczeni, ale z sercami wielkimi jak żadne inne, to piękna wizja, ale czytając wspomnienia tych, którzy tę wojnę przeżyli naprawdę, ten wyidealizowany obraz traci swą moc. I może dlatego nigdy nie doczekamy się prawdziwego filmu o wojnie – bo prawda jest zbyt przerażająca i bolesna, a co za tym idzie nie jest na tyle atrakcyjna, by ją pokazać taką, jaka jest.

Źródło: http://www.circletheatre.ca/wp-content/uploads/2014/10/Fury-2014-Poster-Wallpaper.jpg