Pojmani czy zagubieni?

Źródło: http://aws-c4-generic-sites.s3.amazonaws.com/film4blog-prod/wp-content/uploads/2014/05/The-Captive.jpg

„Captives” (2014) reż.Atom Egoyan

Najnowszy film weterana Cannes – Atoma Egoyana – został literalnie wygwizdany i uznany za największą pomyłkę tegorocznej edycji festiwalu, idąc w za Pan brat z reżyserskim debiutem Ryana Goslinga. Jednak o ile gwiazdor Hollywood wstąpił na czerwony dywan z tabula rasa w kwestii reżyserskiego dorobku, o tyle Egipcjanin, któremu zdarzyło się być nawet w jury festiwalu, do tej pory torował sobie drogę do panteonu wielkich filmowców z powodzeniem. I chociaż „Captives” nie jest filmem złym, nie próbuje nawet dotknąć dotychczasowej poprzeczki, jaką sam sobie ustawił Atom Egoyan.

W zimowych krajobrazach, pośród kilometrów wyludnionych dróg, w świecie odizolowanych i zamkniętych w sobie ludzi dochodzi do dramatu córki Matthew (Ryan Reynolds) oraz Tiny (Mireille Enos), która zostaje porwana w niewyjaśnionych okolicznościach. Policyjne działania rozwlekają się w czasie, co owocuje również katastrofalnymi skutkami w relacji dwójki rodziców. Jednak po 8 latach oczekiwania, pojawia się tak długo wyczekiwane światło w tunelu…

Źródło: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/ea/The_Captive_poster.jpg

Przyznaję, że podszedłem do „Captives” z pewną dozą wymuszonego sceptycyzmu, bowiem po uważnym prześledzeniu relacji z Cannes, nie mogłem wprost uwierzyć, że tak znamienity reżyser jak Egoyan, mógł upaść aż tak nisko. Krytycy prześcigali się bowiem w obrzucaniu mięsem jego filmu, a powodów ku temu znajdowano zdecydowanie zbyt dużo. Po obejrzeniu prawie dwugodzinnego dzieła trudno jednak, przynajmniej z częścią zarzutów, się nie zgodzić.

Moim największym zarzutem wobec Egoyana jest zmarnowanie potencjału. Brzmi trywialnie, ale to prawdziwa bolączka „Captives”. Chociaż wszystko działa tak jak w jego poprzednich filmach – wyśmienite ujęcia, niepokojąca, budująca napięcie muzyka, dobrze rozplanowana fabuła – całość jest miałką papką. Egoyan gubi główną oś wydarzeń, zmieniając nieustannie centrum swojej uwagi, co niestety, przekłada się tylko na ekranowy chaos – trochę tu płytkiej analizy psychologicznej zagubionego małżeństwa, przemieszanej z ledwie zarysowaną, patologiczną więzią między porwaną a porywaczem (ogromny zawód, gdyż potencjał był w tym elemencie wielki), a w tym wszystkim znalazła się też próba przedstawienia problemu dziecięcej pornografii w sieci. Niestety, jak chce się pokazać wszystko, kończy się z niczym.

Brak konsekwencji i właściwej drogi, którą Egoyan chciał podążyć w „Captives”, odbija się niczym w zwierciadle w grze aktorskiej. Zaciekle bronić będę roli Kevina Duranda – nieco autystyczny, psychopatyczny, ale przede wszystkim przerażający człowiek, którego obecność wywołuje obrzydzenie, ale jednocześnie nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. I niestety na tej drugoplanowej roli fajerwerki się kończą. Nawet pomimo tego, że nazwiska powinny gwarantować doskonały poziom aktorski. Dla przypomnienia: Enos to gwiazda popularnego serialu „The Killing”, Speedman wykazał się umiejętnościami chociażby w „Edwin Boyd”, a Pani Dawson przedstawiać nie trzeba. Idąc jednak krok w krok za zagubionym i niezdecydowanym Egoyanem, cała obsada to dzieci we mgle, między którymi nie ma żadnej „ekranowej” chemii – to tylko odklepane role. Gwoździem do tej aktorskiej trumny jest zaś Ryan Reynolds, którego wymuszone i nadzwyczaj sztuczne aktorzenie zatapia wszelkie możliwe zachwyty nad „Captives”.

Źródło: http://static.origos.hu/s/img/i/1405/20140516the-captive5.jpg?w=666&h=444

Nie sposób również nie poruszyć tematu podobieństwa „Captives” do „Prisoners” Denisa VIlleneuve. Efektem zestawienia tych dwóch obrazów jest gargantuicznych rozmiarów porażka Egoyana, na każdej możliwej linii. O ile w „Prisoners” wszystko działało jak w zegarku, a film śmiało można uznać za wyjątkowo pokrzywdzony brakiem jakiejkolwiek statuetki podczas wręczania Oscarów (o ile traktujemy Oscary jako wyznacznik czegoś dobrego…), o tyle „Captives” jest nieudaną próbą pokazania podobnego dramatu – ludzi postawionych pod ścianą. Zarówno tych, którzy utracili, jak i tych, którzy tej zguby szukają.

Wyrażam jednak głęboką nadzieję, że „Captives” będzie dla Egoyana kubłem zimnej wody, a nie podcięciem skrzydeł, które rosły przez tyle lat. Każdemu zdarza się bowiem potknąć, ale ważne jest to, by z tego błędu wyciągnąć wnioski. A Wam, drodzy widzowie, polecę „Captives” mimo wszystko – chociażby po to, by utwierdzić się w przekonaniu, żeby nigdy więcej nie sięgać po film firmowany nazwiskiem Ryana Reynoldsa.