Michał Drzewiecki: „W dzieciństwie chciałem zostać rycerzem”

Michał Drzewiecki razem z grupą filmową CrusaderFilms tworzy niezależne filmy historyczne. W dorobku grupa ma takie produkcje jak ,,The Legend of the Dragon Company”, ,,Gniew Husarii”, ,,The Lancers – The story of the 2nd regiment of Grand Dutchy Uhlans”. Do tej pory największym projektem Michała i grupy jest film ,,Dawno temu w Iłży”, nagrodzony w Stanach Zjednoczonych. Specjalnie dla off-film.pl Michał Drzewiecki przybliży rekonstrukcje historyczne i niezależny film historyczny od tzw. kuchni.

1. Skąd pomysł na zajęcie się akurat rekonstrukcjami historycznymi i kręceniem filmów na ich podstawie? Interesuje Was tylko historia polskiego oręża, czy również myśl wojskowa innych państw europejskich, bądź innych kultur też?
Jest to spełnienie marzeń z dzieciństwa. Jako mały chłopak, zawsze chciałem zostać rycerzem i fascynowało mnie Średniowiecze, wraz ze swoim etosem rycerskim i pewnym nimbem tajemniczości, jaką ta epoka była owiana. Jednak w przeciwieństwie do większości małych chłopców, z wiekiem ta fascynacja mi nie przeszła a wręcz przybrała na sile. W wieku kilkunastu lat dowiedziałem się, że istnieją ludzie, będący takimi samymi wariatami, jak ja, co doprowadziło do tego, że dzisiaj rekonstrukcją historyczną zajmuję się już prawie dwadzieścia lat.
Poza tym, od dziecka chciałem też być filmowcem. Nie chcę uderzać w zbyt górnolotne nuty, ale zawsze odbierałem tworzenie rzeczywistości przed kamerą, jako coś niemalże mistycznego. Jak miałem trzynaście lat, zabrałem rodzicom kamerę i wyszedłem z nią na podwórko. Tam zacząłem realizować swoje pierwsze filmy z kolegami. Przyznaję szczerze, że do dzisiaj nic nie daje mi większej satysfakcji, niż to, kiedy widzę jak ludzie w skupieniu śledzą na ekranie to, co nakręciliśmy. Sądzę więc, że było to nieuniknione i z czasem dojdzie do połączenia obu pasji i że będzie to mieszanka wybuchowa.
Gdy realizuje się film z rekonstruktorami, na wstępie ma się dostęp do strojów i rekwizytów, które normalnie kosztują ogromne pieniądze w wytwórniach filmowych. Poza tym nasze są wiernymi replikami tych z epoki, a nie tylko atrapami. Sądzę, że na ekranie dobrze to widać. Rekonstruktorzy są także specjalistami w okresach, które odtwarzają. Znają realia czasów. Wiedzą jak nosić strój, w jakim szyku maszerować i jak używać swojej broni. Często też zorganizowani są na wzór wojskowy, co również bardzo ułatwia pracę.
Co do innych krajów i kultur, nie ograniczamy się tu absolutnie. Póki co, jednak większość projektów historycznych, jakie realizujemy, oscyluje wokół historii Polski, z racji tego, że tu mieszkamy. Poza tym, nasza historia jest piękna, barwna i fascynująca i warto ją pokazywać. Z racji położenia, przez prawie tysiąc lat byliśmy jednym z większych pól bitewnych Europy. Nasze dzieje pełne są chwalebnych momentów o których np. w świecie anglosaskim, niewiele wiadomo. Może to więc być coś dla nich nowego i świeżego.

2. W ciągu ostatnich paru lat powstały takie filmy ,,historyczne” jak ,,Bitwa pod Wiedniem”, czy ,,1920 Bitwa warszawska”. Oba okazały się komercyjną klapą i nie szczędzono im krytyki. Jakie według Ciebie popełniono błędy, zaniedbania przy obu produkcjach?
Nie uważam się jeszcze za żaden autorytet w dziedzinie kina. Dorobek wciąż mam na tyle niewielki, że jeśli mam coś krytykować, wolę to robić wyłącznie z punktu widzenia oglądającego. „Bitwy Warszawskiej”, jeszcze nie widziałem. Co do „Bitwy pod Wiedniem”, trochę brakowało mi tam dynamiki i realizmu w sferze wizualnej. Miałem też wrażenie, że kreację postaci potraktowano trochę po macoszemu. Mówiąc potocznie, trochę papierowo to wszystko wyglądało.
Mimo wszystko uważam, że ostatnio, polskie kino wypada dużo lepiej, niż kilka lat temu. Z filmów historycznych, na przykład, bardzo podobała mi się „Różyczka”, „Obława” (świetny scenariusz), albo „Miasto 44”, które świetnie się ogląda i śmiało można je pokazać za granicą.

3. Jedna z Waszych produkcji ,,Dawno temu w Iłży”, odniosła sukces w USA i w planach jest niskobudżetowy film, na pograniczu przygody i fantasy. Czy produkcję będzie można zobaczyć w kinach?
„Dawno Temu w Iłży’ był naszym pierwszym, godzinnym filmem, który nakręciliśmy za własne fundusze, jeszcze zupełnie amatorskimi środkami. Był on dla nas prawdziwym poligonem doświadczalnym. Produkcja trwała pięć lat i skończyliśmy ją w 2010 roku, kiedy niektórzy zaczęli powoli wątpić, czy to kiedyś nastąpi. Na szczęście udało się. Jak na amatorską produkcję, film ma spory rozmach, bo są w nim konie, zamki i sceny batalistyczne, z komputerowo pomnożonymi wojskami. Kiedy odbierałem nagrodę w Stanach, byłem w szoku. Zwłaszcza, że w Polsce, jeden festiwal go odrzucił. Sądzę jednak, że było to najlepsze zadośćuczynienie dla wszystkich tych, co spędzili całe dnie z nami na planie, pocąc się w słońcu, lub moknąc w deszczu, nie wiedząc, czy ten szalony projekt kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Potem jeszcze film kilka razy wyemitowany został w TVP Historia i nawet wydany jako dodatek do gry komputerowej „Polskie Imperium”. Sądzę więc, że było warto. Premierę też urządziliśmy huczną. W kinie, z wynajętą limuzyną i czerwonym dywanem. Patrząc jak ponad trzysta osób wchodzi na salę, a niektórzy nasi znajomi, ubrani są jak ochrona, lub robią zdjęcia, jak reporterzy, kolega stwierdził, że rekonstruujemy już wszystko. Nawet Hollywoodzkie gale filmowe.
Tyle jeśli chodzi o przeszłość. Natomiast film, który mamy w planach obecnie, jest już najzupełniej profesjonalną pełnometrażową fabułą, którą planujemy zrealizować w koprodukcji amerykańskiej. Film nosi tytuł „The Legend of the Dragon Company” i ma być opowieścią przygodową, z elementami magii, osadzoną w realiach przełomu XIV i XV wieku, na pograniczu Polski i Litwy. Obecnie gotowy jest scenariusz, który napisał Stephan Bugaj – człowiek, który wcześniej współpracował między innymi ze studiem Pixar. Otrzymaliśmy też list intencyjny od amerykańskiej firmy Wonderphil Entertainment, która zobowiązuje się wziąć film w dystrybucję, w momencie kiedy powstanie. Czy będzie w kinach? Sądzę, że w tym momencie jest zbyt wcześnie, żeby cokolwiek o tym mówić. Na chwilę obecną szukamy inwestorów. Wstępne rozmowy trwają, ale jak to w sprawach pieniędzy bywa, są dość powolne, co bywa frustrujące.

4. Jeśli chodzi o historię (,,Rzym”), czy fantasy (,,Gra o Tron”) dużą popularnością cieszą się produkcje od stacji HBO. Zamierzacie iść w podobnym kierunku, czy robić totalnie po swojemu?
„Rzym” i „Gra o Tron”, mają ten gigantyczny plus, że z jednej strony włożona tam jest ogromna ilość pieniędzy, z drugiej strony, pracują tam ludzie, którzy są mistrzami w swoim fachu. Bardzo podoba mi się ich styl realizacji, bo stawiają tam na maksymalny realizm i stworzona tam rzeczywistość jest dokładna i wiarygodna, w każdym szczególe. Kino niskobudżetowe, często w tej kwestii kuleje. Poza tym nie ma tam miejsca na nudę i dłużyzny, a postacie są trójwymiarowe. Mają zalety, ale i skazy, przez to widz bardziej się z nimi identyfikuje. Jest to więc dla nas na pewno ogromna inspiracja. Z drugiej strony ja osobiście wychowywałem się na klasyce kina akcji i kina przygodowego z lat 80tych i 90tych. Podpatrując najlepszych, w dużej mierze tamto kino stanowi dla mnie wzór. Jeśli jednak projekt ruszy do realizacji, sporo będzie zależeć od budżetu.

5. Jakie przeszkody najczęściej napotykacie na swej drodze, podczas kręcenia filmów?
W zasadzie w tej chwili, kiedy mamy już zaprawioną w bojach ekipę, z którą realizujemy nasze produkcje, wszystko idzie bardzo sprawnie. Za przeszkodę można uznać fakt, że nie mamy na nasze filmy wielkich funduszy. Czasem są wręcz przerażająco małe i trzeba kombinować, jak przysłowiowy koń pod górę. Pamiętając jednak czasy, kiedy robiliśmy jeszcze filmy kompletnie po amatorsku, nie panikujemy, kiedy nagle trzeba improwizować, bo wiemy, że i tak damy radę. W najgorszym wypadku będzie co opowiadać.
Tak, jak zawsze jednak są dwie strony medalu i wszystko ma swoje plusy. Nie na darmo mówi się o kinie niezależnym. Robiąc film za własne, niewielkie pieniądze, jesteśmy kompletnie niezależni od producentów, wytwórni i inwestorów. Nikt nam nie dyktuje warunków, nie wciska swoich ludzi, ani nie ingeruje w scenariusz. W momencie kiedy pojawiają się duże pieniądze, pojawiają się większe możliwości, ale też i zależności. Poza tym wynajmując obiekty, lub sprzęt, zupełnie inaczej wygląda rozmowa o kosztach w przypadku niskobudżetowego filmu. Dużo ludzi i instytucji, chętnie pomaga niezależnym projektom, dzięki czemu, często dobry efekt można uzyskać mniejszymi środkami.

6. Wasza działalność ma jedynie charakter kulturalno-rozrywkowy, czy także dydaktyczny, biorąc pod uwagę młodszą część widowni?
Osobiście uważam, że od nauki o faktach, są książki i filmy dokumentalne. Fabuła rządzi się trochę innymi prawami. Ma być przede wszystkim porywającą opowieścią, która sprawi, że widz na moment zapomni o otaczającej go rzeczywistości i przeniesie się w inny świat. Jeśli mówimy o filmach kostiumowych, to te produkcje, które wywarły na mnie największe wrażenie, były uniwersalnymi opowieściami o ludziach i ich charakterach wystawionych na próbę w ciężkich momentach. Wydarzenia historyczne, były tam niejako w tle. Dla przykładu taki klasyczny już film jak ,,Braveheart”, owszem opowiada o powstaniu w Szkocji, ale przede wszystkim jest to epicka opowieść o odwadze, walce o wolność, o miłości, przyjaźni i wierności zasadom. Dzisiaj patrząc na kostiumy w tym filmie, można powiedzieć, że mocno się zestarzał, ale uniwersalność przekazu zawsze będzie aktualna i w tym tkwi jego siła. Sądzę, że w momencie kiedy w filmie kostiumowym, zamiast na bohaterach i ich losach, bardziej koncentrujemy się na dydaktyzmie historycznym, czy politycznym, film ma sporą szansę stać się drętwym wykładem ex catedra, który zanudzi widzów i szybko się zestarzeje.
Jeśli zaś chodzi o filmy dokumentalne, obecnie jesteśmy w trakcie postprodukcji do fabularyzowanego dokumentu, o garncarstwie, we wczesnym średniowieczu. Zdjęcia były realizowane między innymi na Wolinie, w Biskupinie i w Stajni Pa-Ta-Taj, w Kaniach, pod Warszawą. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów. Powiem tylko tyle, że film będzie nosił tytuł „Z ziemi i ognia” i będzie to historia widziana oczami bardzo nietypowego bohatera. Sądzę, że całość będzie gotowa w okolicach kwietnia.

7. Razem ze swoją grupą nakręciłeś filmy z różnych epok, od czasów husarii po II wojnę światową. Która epoka jest waszą ulubioną?
Jako rekonstruktorzy skupiamy się na odtwarzaniu Średniowiecza (XIII i XV w.), okresu wojen Napoleońskich, oraz wieku XVII. Można powiedzieć, że to są nasze ulubione okresy, z punktu widzenia zainteresowania ich kultura materialną. Patrząc okiem filmowca jednak, sądzę, że każdy okres w historii, to były przysłowiowe ciekawe czasy i o każdym z nich, można opowiedzieć interesującą historię.

8. Jakie macie plany wobec przyszłych produkcji?
Plany wobec przyszłych produkcji mamy ambitne, a mianowicie takie, żeby je bezwzględnie zrealizować. 🙂 A tak poważniej, to kończąc nasz dokument i prowadząc rozmowy w sprawie „The Legend of the Dragon Company”, mamy jeszcze pomysł na film dziejący się podczas odwrotu spod Moskwy w 1812 roku. Tyle że ma to być thriller. Nie chcę jednak nic więcej mówić, dopóki nie będzie na to jakiegokolwiek budżetu, bo chcemy żeby był to pełny metraż. Z zasady nie chcemy jednak ograniczać się do tematyki historycznej. Dlatego też kończymy realizację krótkiego filmu, będącego czymś zupełnie innym, niż to co robiliśmy do tej pory, a który w nietypowy sposób oscylować będzie wokół tematyki Śmierci. Ma on nosić tytuł „Ostatni taniec” i będzie gotowy na pierwszego listopada.

Dziękuję za rozmowę.