Spójrz króliczku, co trzymam w koszyczku!

                                               „Basket Case” (1982) reż. Frank Henenlotter

Bliźniaki syjamskie to genetyczna tajemnica, zarazem fascynująca, jak i przerażająca. Nic zatem dziwnego, że znalazł się śmiałek (w tym wypadku Frank Henenlotter), który podjął się wyzwania i wykreował z tego tematu film. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wspomniany reżyser i scenarzysta w jednym uznał, że o bliźniakach syjamskich nakręcić można horror. I nie myślcie, że to historia o dwójce zmutowanych morderców, osadzona w zapchlonej dziurze w Stanach, zaraz nieopodal opuszczonej stacji benzynowej, gdzie „przypadkiem” dotrze grupka studentów. To coś o wiele, wiele lepszego…

Duane przyjeżdża do Nowego Jorku z mieściny Glen Falls, a jego jedynymi bagażami są podróżniczy plecak oraz misternie utkany, wiklinowy koszyk. Ze swojego pokoju w obskurnym hotelu dokonywać będzie krwawej zemsty na lekarzach, którzy za czasów jego dzieciństwa oddzielili dwójkę rodzeństwa od siebie. Wizyta w mieście, gdzie spełniają się marzenia, stanie się jednak momentem, gdzie bezgraniczna miłość wobec brata (jeśli tak można go nazwać) zostanie wystawiona na ciężką próbę.

Źródło: http://dailygrindhouse.com/wp-content/uploads/2013/10/WAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA2.jpg

Motyw wiklinowego koszyka jako omenu nadchodzącego zła wydaje mi się być najbardziej absurdalnym pomysłem, jaki zobaczyłem w horrorze. Tym bardziej komiczny się on staje, gdy widzimy uśmiechniętego młodzieńca z fryzurą a’la Limahl, który przechadza się ulicami miasta, dzierżąc w dłoni ogromny, wiklinowy kosz. Nie dziwi to nikogo, że ów mężczyzna przynosi pudełko nawet do baru, czy też na wizytę do lekarza. Pytanie „Co jest w pudełku?” brzmi w tym filmie jak standardowe rozpoczęcie konwersacji. Po pewnym czasie człowiek sam zaczyna się zastanawiać, czy to XXI wiek aż tak wypaczył nasze poczucie zagrożenia, że nie pojmujemy normalności takiego zjawiska?

Jak przystało na film klasy Z, czyli dzieło wysoce niskobudżetowe, nie ma co liczyć w „Wiklinowym Koszu” na mrożące krew w żyłach efekty specjalne – to powijaki kina gore. Henenlotter wystrzega się jednak nachalnie nadużywanych, efekciarskich sposobów na straszenie – podłoga nie skrzypi, muzyka nie maltretuje psychiki widza po cichu, a prawie-tytułowe monstrum ujawnia nam się dość szybko, bez budowania otoczki tajemniczości. Te rzucone karty na stół są jednak nadrabiane przemieszaniem komediowych elementów (cała postać Duane’a przypomina profilem Carreya z „Maski”) z kinem gore lat 80. W efekcie „Wiklinowy Kosz” to wyśmienicie pokręcona mieszanka.

Źródło: http://366weirdmovies.com/wp-content/uploads/2010/04/basket_case.jpg

Lekkości zaczyna brakować z chwilą, gdy reżyser zaczyna silić się na wnikanie w zawiłą psychologię Duane’a i jego moralne rozterki. Kręcąc film trzeba być bowiem konsekwentnym i jeśli zaczynamy od wkładania zmutowanego człowieka do wiklinowego koszyka, nie ma sensu wykrzesywać psychologicznej głębi z pozostałych bohaterów swojej opowieści. Co więcej, obawiam się, że z komicznie krzyczącej „głowy” Beliala wiele filozoficznych wniosków wyciągnąć się nie da. A poziom intelektualny „zdrowego” braciszka gwarancji górnolotnych przemyśleń również nie jest…

Dziś taki film wzbudziłby zapewne wielkie oburzenie, a na pewno sprowokowałby co poniektórych do zabrania głosu w sprawie walki o ludzkie życie za wszelką cenę. Bałem się, że i tym zagadnieniem zajmie się Henenlotter, popadając w nieznośny kicz – nic bardziej mylnego. Poza niepotrzebnym „świdrowaniem” psychiki Duane’a i jego uczuciowych rozterek, „Wiklinowy Kosz” to przede wszystkim horror z krwi i kości. I cieszę się, że ten film obejrzałem dopiero teraz – w dzieciństwie bowiem sam miałem w domu taki wiklinowy kosz – na szczęście bez „króliczka” w środku.